Pan pozdrowi Warszawę !

Autor współcześnie w 2004r.

Autor współcześnie w 2004r.

Dwudziesty piąty czerwca 1972 roku. Wylatujemy do Mińska Białoruskiego z sześcioma samolotami pasażerskimi typu Ił-14. Są to od połowy lat pięćdziesiątych samoloty eksploatowane w PLL LOT.

Odlatują SP-LNA; ND; NH; NK; NL; NM. Zostały odsprzedane do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Ja ze swoją ekipą czyli Jankiem Burakowskim i Benedyktem Karkowskim mamy demontować radiostacje UKF i odbiorniki VOR/ILS produkcji zachodniej założone na tych samolotach przed laty w Warszawie. Urządzenia te umożliwiały loty na „zachód” a przyszłym właścicielom samolotów nie były one potrzebne. Samoloty te miały latać na Syberii w „Polarnej Awiacji”. Na wybudowane urządzenia przygotowaliśmy wielką skrzynię, ponad metr sześcienny z wiórkami wewnątrz. Gdybyśmy wiedzieli, że nikt z celników nie zajrzy do środka, ile dżinsów, parasolek, peruk, kap, czy pomadek „wpadłoby” między wiórki…

Nasza ekipa leciała w maszynie pod dowództwem kapitana Zenona Sobiesiaka, z mechanikiem Zdzisławem Wicijewskim ( nazwiska drugiego pilota nie pamiętam). Gdy kapitan dowiedział się, że jestem pilotem szybowcowym, zaproponował mi zajęcie swego miejsca i pilotowanie samolotu. Szło mi całkiem nieźle, mimo znacznych utrudnień ze strony mechanika pokładowego.

Autor za sterami samolotu Ił-14.

Autor za sterami samolotu Ił-14.

Wylądowaliśmy na lotnisku zakładu remontowego i postawiliśmy samoloty w rzędzie na płycie postojowej.

Ekipa przyjmująca samoloty pobiegła szybko po butelki na spirytus z instalacji odlodzeniowej samolotów. Pili go też na miejscu, prosto z rurki do ściągania, zachwalając „haroszyj spirt”. Bardzo im się podobały nasze samoloty. Stwierdzili, że nic przy nich nie trzeba robić, tylko przemalują i „gatow”.Po zdaniu maszyn udaliśmy się do zarezerwowanego hotelu „Jubilejnaja” dla „innostrańcow” (obcokrajowców).

Autor jako pasażer samolotu Ił-14.

Autor jako pasażer samolotu Ił-14.

Trzeciego czy czwartego dnia pobytu, gdy przemierzałem drogę między stojanką z naszymi samolotami a budynkami zakładu, z daleka dobiegło mnie donośne wołanie wartownika:

– „Stoi”.

Wartownik wyszedł spomiędzy samolotów. Stanąłem w miejscu gdzie zastała mnie komenda. Wolnym krokiem zbliżał się do mnie wartownik, w ciemnym waciaku, ze zniszczoną czapką z jakimś godłem, w granatowych spodniach i zielonych brezentowych saperkach. Na ramieniu, na brezentowym pasku wisiał pięciostrzałowy karabin typu „kbk”. Czekałem. Nie dostaliśmy żadnych przepustek a wchodziliśmy do zakładu o różnych porach.

Pomyślałem – bez papierka może być źle. Ale czekałem. Wartownik średniego wzrostu mógł mieć około sześćdziesięciu lat. Twarz poorana zmarszczkami, ogorzała od lotniskowych wiatrów.

– „Wy odkuda?„( Pan skąd) – spytał po rosyjsku wartownik. Widział mnie zapewne jak wychodziłem z jednego z naszych samolotów, czemu więc pytał?

– Idę z polskich samolotów – odpowiedziałem po polsku.

– „Wy kto” – pytał dalej po rosyjsku wartownik.

– Jestem z obsługi lotowskich samolotów,  jestem „naczalnik” (kierownik) radio – powiedziałem nie znajdując innego zrozumiałego dla wartownika słowa po rosyjsku. Miałem na sobie garnitur lepszy niż miejscowy dyrektor i krawat, mogłem więc być nawet więcej niż kierownikiem.

– A z jakiego miasta Pan jest – spytał już po polsku wartownik. Mówił dobrze po polsku tylko z tą wschodnią śpiewnością. Rozglądał się też wokół bacząc czy nikt nie słyszy.

Wolał zapewne by miejscowi nie wiedzieli, że mówi po polsku. Byliśmy sami, najbliżsi ludzie byli oddaleni ponad sto metrów.

– Jestem z Warszawy, tam mieszkam i pracuje – odpowiedziałem. Pewnie już rozniosła się po całym zakładzie wieść o polskich samolotach i mechanikach.

– Byłem przed wojną w Warszawie – mówił wartownik. Ładne miasto. Mam dobre wspomnienia. Bardzo mi się podobała Warszawa.

– Dzisiejsza Warszawa jest inna, aniżeli ta przedwojenna – odpowiedziałem. Rodzice mi pokazywali. Po zniszczeniach wojennych i po Powstaniu Warszawskim wygląda inaczej.

– A Pan skąd jest? – zapytałem. Byłem ciekaw pochodzenia wartownika, jego polskich korzeni.

– Spod Mołodeczna.

– Wiem, było tam przed wojną polskie lotnisko – odpowiedziałem.

– Niech Pan już idzie – powiedział wartownik – i niech „Pan pozdrowi Warszawę”.

– Kontrola nie mogła trwać zbyt długo. Ktoś obserwujący z daleka mógłby później pytać wartownika o czym rozmawialiśmy. Wiedziałem jak ludzie byli zastraszeni za wschodnią granicą. Oczy i uszy KGB sięgały daleko.

Gdy tylko wróciłem do Warszawy pozdrowiłem ją od mińskiego wartownika. I wciąż ją pozdrawiam ilekroć jestem na 32 piętrze Pałacu Kultury i Nauki. Jest to pozdrowienie od wszystkich tych, którzy chcieliby, a nie mogą do Warszawy przyjechać.

Opowiadanie było publikowane w Biuletynie Warszawskiego Klubu Seniorów Lotnictwa w kwietniu 2004 roku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: